Link 17.06.2009 :: 21:59 Komentuj (4)
Będąc pod wływem alkoholu przeczytałam swoje archiwalne wpisy. Szczerze się uśmiałam, wzruszyłam i zdziwiłam. Sobą sprzed kilkudziesięciu miesięcy :) Pamiętam doskonale te uczucia, niepokoje i rozterki, które towarzyszyły mi wtedy. Wiem co i jak mocno bolało, ile uśmiechów dawały mi poszczególne chwile, wiem też czego mogłam w życiu uniknąć. Nie po to by "ludzie nie gadali" , ani przez to "co sobie inni pomyślą", ale po to by teraz, wracając do tych wspomnień nie rumienić się ze... wstydu?
Bo po co komu żonaty fagas w łóżku? Po co mi był tamten kieliszek? Jeden za dużo dla udowodnienia pijackich wyczynów dwudziestoletniej kretynki.Po co takie rozstanie? Można było ciszej, spokojniej, bez udziału w tym wszystkim masażysty....tak to jestem tak samo winna, gdyby nie tamta zdrada byłabym ofiarą w stu procentach.
Różnych rzeczy mogłabym sobie odmówić, ale czy byłabym bez nich sobą dziś? Czy właśnie te kretyńskie wybryki młodej dziuni, która myśli,że cały świat jest dla niej nie ukształtowały mojego jestestwa tak samo jak tamte chwile z Ex nad jeziorem? Nasz pierwszy raz w sypialni jego rodziców? Przyjaźń z Eweliną od liceum aż po dziś dzień? Szalone chwile z ekipą gdzieś po koncertach,gadających głupoty po winie za cztery złote? Poznanie mojego Krzyśka, zamieszkanie z nim w Irlandii, znienawidzenie jego matki i rychły ślub? Jestem dziś zadowolona z siebie, ale czy mogłabym być gdybym umiała wymazać choć jeden głupi wyczyn lub wspaniałe wspomnienie? Czy byłabym inna?
Teraz siedze już prawie pijana po trzecim piwie, z rudym kotem w nogach. Miałam szukać fotografa ślubnego, ale szczerze mnie to wali dziś. Bo mam wieczór wspomnień. Mój Krzyś, ten sam, który gościł tu w moich wpisach kilka lat temu teraz na dole ma wieczór męski i z kumplami przy piwie bawią sie w Wii. Ja, jak co środe nie schodze na dół, biore kilka piw do góry i róbie maseczki, długą kapiel, czytam książki lub tez biorę kluczyki z auta i jadę na basen. Wciąż w Irlandii, wziąż na emigracji zarobkowej,ale może dzięki temu będę miała gdzie tapety kłaść. A jak nie to zwiedziłam kawał świata dzięki tej kasie tutaj i na pewno nie żałuje.
A teraz idę siku......
.Link 23.02.2008 :: 14:48 Komentuj (6)
Mogę się pochwalić wiosną :) Kwitnącymi żonkilami, zieleniącą się trawą, drzewami z kolorowymi kwiatkami. Ta pora roku zawsze dodaje mi siły i energii. Dobrze,że w tej szerokości i długości geograficznej przychodzi troszkę wcześniej :)
Irlandia daje się lubić. I chyba ja również jestem dla niej mniej krytyczna. Poszłyśmy na kompromis i już na siebie nie nadajemy za plecami. Lepiej mi tak.
Poczułam się trochę tak, jakbym wyprowadziła się 4 przystanki za moim osiedlem. Niespodziewanie przyjechała przyszła teściowa. Miałam maraton spacerowy, wykłady na temat gotowania i prowadzenia domu, dociekliwe pytania i sugestie. Byłam wykończona. Już wiem dlaczego Krzysio czasem ma gęsią skórkę i rozumiem... oj rozumiem. Jak zagoją się rany po "wojnie" wiem, że będę pamiętać tylko tą dobrą stronę wizyty. Oby.
Mogę sobie pierwszy raz w życiu powiedzieć, że nie spieprzyłam pewnej ważnej dla siebie znajomości. Moja niesystematyczność i lenistwo niejednokrotnie prowadziło do tego, że odległość i brak możliwości spotkania powodowało rozluźnienie się znajomości. Cieszę sie, że tym razem wyszło inaczej, że się czegoś nauczyłam. Krzysio musiał się wyprowadzić na tydzień na materac. A ja z O. psioczyłyśmy do późnych godzin nocnych i wstawałyśmy w południe. Obgadałyśmy wszystko i wszystkich. Wyoglądałyśmy wszystkie filmy o miłości z happy end-em. Wypiłyśmy kilka litrów kawy i martini z oliwkami. Zwiedziliśmy niewielką część Irlandii i nauczyliśmy się, że czasem nie warto sugerować się opisami zabytków w e-przewodniku. Jak mi jej brakowało dowiedziałam się dopiero w dzień wylotu na lotnisku. Brakowało. Ale już niedługo...
Decyzja o wspólnym wyjeździe chyba zdaje egzamin. Kłócimy się mocniej niż kiedykolwiek, ale kiedyś też nie musieliśmy prowadzić domu, wspólnych finansów, a ja nie musiałam prać jego skarpetek. Czasem jest dziwnie. Szczególnie jak wydaje mi się jakbym zajęła rolę jego mamy, gdy on woli po pracy raz na jakiś czas iść z kumplem na piwo. Chociaż tłumaczy, że potrzebuje mieć troszkę tej swojej swobody, miejsca, w które ja nie ingeruję. Rozumiem, chociaż nie powiem ,że akceptuję do końca... jestem trochę zaborcza.On za to przymyka oko na telefony do mojej mamci i drobiazgi przynoszone do domu,bo "musze je mieć". Nasze relacje się zupełnie zmieniły i jesteśmy sobie teraz o wiele bliżsi mimo tego, że w codziennym byciu razem czasem trudno utrzymać tamtą fascynację i zainteresowanie.
6 marca lecę do Polski. Całe dwa tygodnie uciechy.
.Link 17.01.2008 :: 22:22 Komentuj (4)
W Irlandii trwa właśnie zima. Jest ciemno, wietrzno, dość często zacina deszczem prosto w twarz. Nastrój melanholii wpiął się mi we włosy zamiast wsuwek. Miałam uczyć się angielskiego, miał być basen i skakanka oraz codzienny balsam na ciało. Jest za to szukanie czasowników gdzieś w zakamarkach pamięci oraz odmienianie na szybko liczebników w głowie, jest również ociężałość fizyczna, spuchnięte nogi i rysunek na ciele wykonany paznokciem. Grzech za Grzechem. Ale nie przejmuję się zbytnio. Rok się dopiero zaczął, a ja na razie palcem ściągam zaschnięte błoto z adidasów.
Odkąd wróciłam z Polski nie potrafię wyzbyć się marzenia. Pragnę mieć tu kogoś Stamtąd. Potrzebuję. Budujemy sobie nasz świat tutaj, przestrzeń, w której będziemy się mogli poruszać bez skrępowania, bez kompleksu, bez strachu przed nieznanym. Potrzeba jeszcze kogoś, kto zna tą samą mape, te same schody i połowe naszego życiorysu. Takiej osoby tutaj sobie życzę w tym Nowym Roku.
Wyjazd jest dla mnie niczym woda przepływająca przez skały. Rzeźbi mój charakter, hartuje uczucia, zmienia poglądy oraz otwiera oczy. Czasem sobie myślę, że jestem już taka światowa nosząc modny telefon w modnej torebce, uśmiechając się błyszczykiem z Diora, by po chwili dostrzec pustość sytuacji, płytkość reprezentowaną przez taki byt. Karce swoje zachcianki jeszcze w fazie pomysłu, bo wiem, że wcale nie potrzebuję i biegnę do domu zamówić bilet dla O. by przyjechała i zechciała tu zostać ze mną, z nami.
Czekam na wiosne. W sumie nie wiem co ją tutaj zwiastuje, więc jestem czujna. Czekam na wiosnę, bo z nią przychodzą zmiany i nowe siły. Bo wraz z jej przyjściem zaczną się tak długo oczekiwane wycieczki.
2Face Ibidia "Africa Queen"
*Link 22.10.2007 :: 20:25 Komentuj (8)
Irlandzkiej stolicy z całą pewnością najlepiej w jesieni. Tupiąc kozakami po dublińskich chodnikach, po których plątały się żółte i czerwone liście, odniosłam wrażenie,że wyjątkowo twarzowo tej Pani o męskim imieniu w takich barwach. Wspaniale wplatają się w ciasne uliczki kamienic z drzwiami o intensywnych kolorach. Wyjątkowo dobrze wyglądają tu lniane i jedwabne szale oplatające ciepłem szyje, jak i płaszcz starszej pani w kolorze stołu od bilarda. I bardzo mi się to podoba. Tak właśnie wyobrażałam sobie zawsze Dublin. Misto z kamienia, miasto choasu. Teraz już wiem, że przejawia się on w braku organizacji drogowej, rozmieszczeniu miasta, architekturze, jak i wśród ludzi, którzy pędzą, a niekiedy leniwie spoglądają na kolor nieba, by móc choć na najbliższe 30min przewidzieć pogodę i dostosować do niej swoje plany.Ludzi w turbanach na głowie, kobiety w sari, afrykańczyków w kolorowych pareach, wychudzonych mężczyzn w ciasnych rurkach levi'sa i w szarym golfie z narzuconym na niego kurtką w szkocką kratę. Różnorodność smaku, zapachu, tętna miasta. Jakby cały świat chciał zamieszkać w jednej stolicy.
Tymi właśnie chodnikami szłam, by móc się spotkać z Polską. I cieszyła mnie 2 kilometrowa kolejka przed ambasadą. Polska kolejka, z polskimi humorami i irlandzką kawą zamkniętą w papierowym kubku z plastikową pokrywką. Ja wygrałam i wiem,że wrócę kiedyś do lepszej Polski, która da mi lepsze perspektywy i możliwość spełniania marzeń.
A narazie chcę tu zostać.
W naszym dużym pokoiku z półokrągłym oknem i własną łazienką. Na ulicy cichej i nudnej, w miasteczku, w którym są tylko owce i 3 duże fabryki oraz ogromna ilość sklepów i fast foodów, które mają za zadanie zaspokoić chorą na konsumcję cywilizację Irlandii.
Wszystko jest tu dla nas łaskawe. Prace dostaliśmy zaraz po przylocie w poniedziałek. Krzysio pracuje już na kontrakcie, ja do tej pory przez agencję. I starcza na wszystko. Na jedzenie wyimaginowane, na sobotnie wypady na imprezy, na laptopa za 1000 euro, na głośniki ze subuferem, na wycieczki, na sweter z wystawy i korki dla Krzysia.
Samodzielność nie daje się łatwo odkryć, a dziwaczne problemy wychodzą nawet podczas gotowania ryżu. I co z tego, że mama robiła taką dobrą ogórkową, jak twoja wcale nie pasuje do smaku zapisanego w pamięci, a i opuszki można sobie łatwo zedrzeć na tarce podczas robienia placków ziemniaczanych. Nawet moje naiwne obietnice, że nigdy nie zmusze się do wyszorowania ubikacji odeszło w zapomnienie. I tak jest ze wszystkim.
Oswajam pokój, by było nam w nim dobrze, ocieplam wnętrze świecami, wypełniam je wiklinowymi koszami, a łóżko okryłam fioletowo bordową narzutą. Staram się odzyskać zdjęcia z Polski, by móc ze ścianami się zaprzyjaźnić, ale trudno to robić na odległość.
Chcę poznać ten kraj, jego krajobrazy, które do tej pory przenosiły mnie do książek z dzieciństwa o "Ani z Zielonego Wzgórza", o "Zaczarowanym Ogrodzie" i teraźniejszej historii o Harrym Potterze, bo wszystkie dzieciaki wyglądają jakby były żywcem wyciągnięte z stron tej bajki. Zafascynował mnie widok morza z kamieniami na plaży wzamian za wspomnienie o muszelkach, czerwone torfowiska, góry i jeziora, jak i widok ze skarpy na lecącego jastrzębia, który polował pod moimi stopami. Mamy zamiar wykorzystać też oferty biur podróży, które za tygodniówkę oferują wakacje w egzotycznych krajach.
Tak umyka dzień za dniem. Tęskno tylko do rodziny, do przyjaciół, do tamtych klimatów.
Ale jest Krzysio. Nasze życie tu razem, pościel, która ma nasz zapach, obiad w garnku na jutro, nasza świnka morska, która piszczy po wejściu do pokoju. Jest pięknie, spokojnie i nastrojowo. A reszta to cisza...
Link 23.07.2007 :: 23:51 Komentuj (7)
Kilka miesięcy przeleciało. Z wczesnej wiosny zrobiło się upalne lato. Z moich kilku miesięcy zostały 46 dni.
Nie bez nerwów uzyskałam zawód Politologa. Zdałam sesję lepiej niż jakąkolwiek wcześniej, jednocześnie pisząc prace, ucząc się 50 zagadnień z 3 lat studiów, a w tym czasie pracowałam w pełnym wymiarze godzin. Kilkakrotnie polały się łzy braku sił i złamanych ambicji. Za każdym razem jednak kazano mi przestać beczeć i działać,a w piątek obiecywano piwo. I tak trwałam od piątku do piątku. Nie licząc nocy nieprzespanych, pisząc mądrości na kolanie w tramwaju w drodze do pracy i wciąż pachniałam kawą, która miała mi zapewnić jasność umysłu. Obroniłam się jednak przed nadzwyczajnym profesorem doktorem habilitowanym z wynikiem dobrym. Nawet recenzje dostałam wysokie. Teraz nauki dość. Choć mam czasem uczucie jakiejś pustki. Nie czekam na nowy semestr, nie wiem czy mi "wypada" tak NIE-CZEKAĆ.
Nabieram dystansu do naszego wyjazdu i zbieram wspomnienia. Każdy weekend to niezapomniana wycieczka. Gdzieś z plecakiem, bułką w ręce, namiotem. Pijąc czeskie alkohole, kąpiąc się rano w jeziorze, śpiąc z piaskiem w uchu w samochodzie. Dzieją się dziwne rzeczy, a może to ja, ze świadomością ich końca, przypisuję temu wszystkiemu znaczenie. Bo płaczę czasem, jak mnie tak przytulą razem i mówią, że jestem ich gryfno frelka.
I jak teraz sobie pomyślę...
wszystko to, do czego kiedyś stałam w opozycji jest dziś moją wartością. Młodość tamta uciekła bezpowrotnie,a zapisy w pamiętniku są dziś zupełnie absurdalne.
Link 05.05.2007 :: 16:22 Komentuj (11)
Wróciłam. Wypakowałam. Wyprałam. I już mnie nosi. Tych kilka dni majówki uciekło gdzieś pomiędzy próbą wyspania się, a grą w chowanego z dzieciarnią od strony Krzysia, dla których jestem ciocią. Wpakowani gdzieś mędzy pola zboża i rzepaku, który pięknie żółcił się pośród zieleni, podziwialiśmy bociana pilnującego wsi, bawiliśmy się w remizie strażackiej, a z butów wystawała nam słoma.
Wraz z poznaniem ostatniego kuzyna, który ukrywał się w Niemczech, mogę szykować się do zaręczyn. To brzmi jak wołanie kobiety o ubezwłasnowolnienie, ale może właśnie tego moja dusza potrzebuje? Feministyczne wywody do mnie nijak nie przemawiają. Jestem kobietą, która żyje dla swojego mężczyzny i gdy nie ma mnie "za długo" zastanawiam się czy nie tęskni za mocno i w sumie mam nadzieję, że tak, bo ja tęsknie okrutnie. Siedzę jak na lasce dynamitu i obgryzam paznokcie wypatrując Jego oczu, które mają wyglądać zupełnie wyjątkowo, a z kieszeni marynarki (której nigdy nie nosi) wyciągnie banalne aksamitne pudełeczko i oznajmi ,że mnie chce. W tedy na pewno będzie to jeden z moich najwspanialszych dni życia.
I nic się nie zmieni. Nie będzie następnego, bo mama mówi "że jak co" to ona ma na ślub, a tata broni zdania Krzyśka przy urodzinowo - rodzinnym stole, jakby bronił honoru jednego z moich braci.
I nic się nie zmieni. Nie będzie następnego, bo żaden nie rozpuści mnie tak, jak On, żaden nie da sobie wejść na głowe, jak On, a przy tym żaden nigdy nie będzie tak wielkim autorytetem dla mnie, moją wielką miłością, moją nocą nieprzespaną ,gdy głupot tyle na języku i dźwięk tłumiony jest ręką, by nikogo nie obudzić. Poza tym który facet spojrzy mi w lufe nabitego pistoletu tylko po to ,bo chce mi zdrobić dobre zdjęcie?
I z miłą chęcią będę dręczyć się do końca swych dni z Jego manią mycia naczyć w wodzie stojącej, z której zbiera mi się na wymioty. Chętnie zamęcze się z Jego trudnością w komunikowaniu się i braku umiejętności w rozróżnieniu, co jest ważne i co warto mi powiedzieć od tego, co może poczekać lub być w ogóle niewypowiedziane. I tylko denerwuje mnie to, że gdy jest burza nad oceanem On nabiera powietrza w usta, nadyma się jak burak, powie coś głupiego groźniej, a potem nic już do niego nie dotrze nim nie zrelaksuje się. Potem można porozmawiać i czasem jest tak, że nawet łatwo można przeforsować swoje postulaty, ale swoje trzeba cicho odczekać. I już. Tylko ,że mnie krew zalewa.
Ale i to chętnie przeboleję.
*
Fergie feat. Ludacris "Glamorous"
chyba nie potrafię być cnotliwa. chyba na pewno. moja dusza męczy się okrutnie przy każdorazowym przymusie zaciśnięcia pasa. nie umiałabym żyć z piękna przyrody i jeść motyle na pychę. uczę się odmawiać, ale nie sobie samej. po każdej przerwanej "głodówce" muszę odreagować i nażreć swoje ego do syta konsumpcyjnym światem.
*Link 17.04.2007 :: 21:28 Komentuj (5)
Lubię Jego dwu dniowy zarost. Tak, cholernie lubię gdy mnie nim drapie po szyji. Gdy tak skrada się do mojej bluzki po ramieniu i zsuwa ją bezszelestnie. Dziwi się na widok biustonosza, który też mu wyraźnie zawadza. Jego oczy beszczelne śmieją się w moje do głębi, do serca prosto, a jednocześnie zmieniają swój kolor w przyciemnym świetle od szarych do zielonych. I całuje w usta miękkimi wargami jako zapowiedź tego wszystkiego, co zaraz nastąpi. Jako zaproszenie do spodni na dywanie, nas w poprzek łóżka, poduszek używanych jako rekwizytów i szczęścia zawieszonego w powietrzu. My skąpani w amoku namiętności, która rozpala, oślepia, która czyni ze mnie kobietę, a z Niego mężczyznę - mojego mężczyznę. Potem składa mi dłoń w moją. Jak po wielkiej bitwie leżymy milczący, z ciężkimi oddechami niczym wracający z obłędnej podróży w nieznane piękne miejsca. Uwiebiam w tedy ten całus w moje rozkosmane włosy, składane jako podziękowania za chwile, jak zwykle niezapomniane.
Zawsze imponował mi swoją męskością, dziś nic się nie zmieniło. Doskonale pamiętam, że cholernie podobał mi się gdy przechodził obok na chodniku.
Marzenia się spełniają.
Timbaland & Furtado & Timberlake "Give it to me" idealnie do tej piosenki pasuję.
To lepsze niż lody waniliowe z polewą toffi.
.Link 08.04.2007 :: 14:21 Komentuj (4)
Na początku małe sprostowanie. Lecimy 7 września. Nie wiem jakim cudem wrzesień wylądował u mnie w obliczeniach na siódmej pozycji miesięcy w ciągu roku. Ale ok. Chyba za bardzo się podniecałam tym wszystkim.
Mam świadomość tego, że już nie uratuję tych pozostałych miesięcy. Dostaję na maila atrakcyjne oferty pracy, ale nawet nie staram się odpisać, dowiedzieć. Chyba boję się podjąć ryzyko. Nie chce tęsknić też za fajną pracą. Już i tak zbyt dużo dobrych rzeczy przyjdzie mi opuścić. Bo gdyby nie te bilety dziś bym już w tym cholernym butiku nie pracowała. Doszłam do takiego momentu, w którym praca w stanikach dość marnie wypada przy moich książkach, które już prawie znam na pamięć. Poczułam nienawiść do tych samych czynności, debilnych uprzejmości i do kilkuset złotowej wypłaty, która szczerze mnie upokarza. Choć nie wiem jeszcze co chciałabym w życiu robić, zdaję sobie sprawę z tego ,że jestem zbyt mądra na wydawaniu reszty z 200zł banknotów.
Ciesze się ludźmi. Mam kilka sprawdzonych adresów. Kilka, co i tak oznacza mniej niż ilość palców jednej ręki. Wystarczająco. Gdzieś zatarłam ślad po grudniowej porażce. Czekam tylko na okazję by ripostą na poziomie zamknąć tamtym usta.
Może nie powinnam chcieć się odegrać, to takie nieeleganckie, ale ludzie niestety są okrutni. Ja czasem też. Przecież jestem tylko człowiekiem.
Z Krzysiem dyskutujemy o przyszłości. Choć okazuje się, że niekiedy każde z nas widzi tą samą sprawę zupełnie inaczej, to staramy się znaleźć kompromisy. Chociażby co do tego, że przyszłe święta musimy spędzać w Polsce. Wiem,że to dość szybko żeby przyjeżdżać w odwiedziny, ale nie chce świąt przed telewizorem z chlebem tostowym na kolację.
Uda nam się. Ważne, że ciągle zakochujemy się w sobie na nowo. Co jakiś czas są momenty ,w których rozczula moje serce. W tedy wypisujemy do siebie nocne czułe smsy, trzymamy się mocniej za ręce i każda chwila nabiera swojego -wyjątkowego smaku.
RNG "here comes the sun" pamiętacie??? :)
Link 13.03.2007 :: 23:47 Komentuj (6)
07. 07. 2007r.
20:45 Balice.
Trzy siódemki. Mam nadzieje, że będą szczęśliwe i dadzą nam wszystko to ,co się w szczęściu właśnie powinno zmieścić.
"O cholera!!" .Reakcja sekunde PO.
Uczucie rosnącej kuli w gardle, która zaczyna dławić. Boję się. O całokształt.
Jak ja rostane się z tymi wszystkim bibelotami w moim pokoju? Całe życie kolekcjonowałam te pierdoły. Kilkadziesiąt długopisów, z których pewnie połowa nie działa, ale niektóre z nich pamiętają czasy liceum. Sterta płyt, które są niczym przewodnik po moim życiu, który pokazuje i objaśnia kierunek mojej przemiany. Cały koszyk biżuterii , gdzie najdroższe okazy sięgają ceny 39zł ,za to pasują do każdego stroju, na każdą okazję. Karki od znajomych, dziś już tych bliższych lub dalszych, ale zawsze moich. Pluszowe kwiatki, których wcale zbierać nie chciałam. Samo tak wyszło.Dostałam jeden, potem drugi, trzeci- nawet tańczący... I ten tandetny żółty zegar, który kompletnie tu nie pasuje, ale stoi, bo dostałam go od Ś.P. babci.
Wiem, że może powinnam przystopować. Ale wiem,ze za szybko nie wróce, a jeśli tak to tylko dlatego, że coś nie wyszło.
W sumie bardziej powinnam się bać,że Krzysio okaże się być zakamuflowanym tyranem - pijaczyną ,że będzie mnie lał w każdy czwartek ,a po kilku miesiącach ukradnie pieniądze i przepadnie zostawiając mnie w obcym kraju.
25kg. Tyle mają ważyć moje marzenia, plany, moja odwaga, zaufanie, mój cel, zapał,a wszystko to zaplątane gdzieś między rękawy ,nogawki i kolejną parę stringów.
...o cholera.
.Link 11.03.2007 :: 23:47 Komentuj (5)
Pierwsze podmuchy wiosny. Szykuję się na powitanie mojej przyjaciółki z całym zaangażowaniem. Pomalowałam włosy i obcięłam sobie firankę grzywki i pazurków. Kupiłam pożądny krem na noc i kilka wymaganych dodatków na nowy sezon. Bawię się swoją kobiecością.
Chodzę na basen z koleżanką. Traktujemy to jako naszą babską sprawę i pozbywamy się trzęsących niczym membrany ud męcząc je podczas pokonywania kolejnych długości oraz biczując w jacuzzi. Byle do lata!
Nie angażuję się w żadne towarzyskie spory. Chyba dlatego nie jesteśmy ostatnio zapraszani w niektóre miejsca. Ale jakby mnie to bolało ,to może bym się i przejęła :] Stoję z boku. Postanowiłam sobie, że będę trzymać poziom. I siedze z facetami, gdy dziewczyny idą na plotki do kibla. Jestem przez to zdrowsza, a karta w telefonie wystarcza na dłużej. Za to zyskałam zaufanie akurat tych, na których mi zależy.
Krzyś zadomowił się u mnie na dobre. Mama uznała, że jak chcemy to może nam wyprawić wesele ,a tata ,gdy ja się kąpie , mówi do niego podstępnie, że pewnie chciałby iść mi umyć plecy.
A my wciąż potrafimy iść na randkę i umierać ze śmiechu nad pizzą, trzymać się za ręce i machać nimi na wszystkie strony, kłócić się o pilota, a jednocześnie nie wchodzimy sobie w drogę, znamy już tak dobrze swoje nawyki oraz przyzwyczajenia i wykorzystujemy je na naszę korzyść.
Niby wiem co będzie jutro, bo przerabiam podobny scenariusz od bardzo dawna, ale jest mi dobrze. Wciąż mam w sobie tą spontaniczność pomieszaną z głupotką i naiwnością, ale mam też odwagę ,porządną wiarę w siebie, silne plecy mojego mężczyzny i poduszkę na tyłku. Idę dalej. I z wielką chęcią chciałabym zaśmiać się w twarz kilku osobom.
Jutro będę znać datę i godzinę.
Joe ft. Papoose "Baby where you at" koniecznie!
.
Ksiega Gosci
addMoje linki
... Joe Efcia Niebie Milos No I Co JadzixArchiwum
2009Design
Layout by Cassia for Layout4you